Nie ma tragedii, jest balanga - ale impreza u boku Hollywood Undead może mieć przykre konsekwencje.
Hollywood Undead zadebiutowali dość mocno albumem "Swan Songs", stawiając na miks rapu i metalu o komercyjnym zabarwieniu i raczej bezpardonowych, imprezowych tekstach, które z pewnością zjednały im rzeszę fanów w podziemiu, ale skutecznie odcięły dostęp do mainstreamowych mediów. Tak czy tak, przekorny łabędzi śpiew stworzył podwaliny pod swego następcę, ochrzczonego "American Tragedy".
Najnowsze wydawnictwo Hollywood Undead zdaje się być wzorcowym soundtrackiem do podróży przez Miasto Aniołów. Bo właściwie, czy w Hollywood jest miejsce na coś innego poza dekadencją? "American Tragedy" jest jak wash'n'go - konkretna impreza i silny moralniak po niej w jednej pigułce. Klimat płyty jest mocno schizofreniczny, mamy bowiem do czynienia albo z euforycznymi klubowymi bangerami, albo nagłym zwrotem w stronę depresyjnych rozważań o bezsensie tego wszystkiego. Bez skali szarości, ani silenia się na budowę pomostów pomiędzy zmianami nastroju.
Tytuł jest zwodniczy. Łabędzi śpiew nie był końcem, a tu nie ma tragedii... Hollywood Undead wiedzą, co robią, o czym świadczyć może fakt, że na ich najnowszym krążku po prostu nie ma słabych kawałków, a produkcja albumu aż prosi się, by słuchać go jak najgłośniej. Każdy numer ma swoją moc, hiciarskie refreny, imprezowo-gangsterskie zwrotki i każdy sprzedaje równie mocnego kopa w tyłek.
Bezsprzecznym hitem tego krążka jest "Comin in Hot", chociaż dla mnie wisienką na torcie jest samobójczy "Bullet", zagrany przekornie na skrajnie pozytywną modłę. Kalifornijczycy posiedli też jeden istotny talent. Może to ten hollywoodzki luz i pewność siebie, które nie potrzebują napinki, żeby udowodnić swą siłę, może to dzięki nim jakimś cudem Hollywood Undead potrafią zagrać ten rockowy rap - który jako gatunek nie wyprodukował ani jednego godnego uwagi zespołu - w sposób, który sprawdza się jak nigdy dotąd. Wątpię, czy Hollywood Undead zyskają w Polsce kiedykolwiek jakąś większą sławę, więc tym bardziej chwyćcie za "American Tragedy", bujajcie tyłkiem i pamiętajcie, kto wam o nich powiedział.