Zmiana ciał - recenzja






Mitch (Ryan Reynolds) i Dave (Jason Bateman) są przyjaciółmi całe życie. Z wejściem w dorosłość ich drogi nieco się jednak rozeszły. Jeden został cenionym, wysoce wyedukowanym prawnikiem, kochającym mężem i ojcem trójki dzieci. Drugi pozostał wiecznym chłopcem, bezrobotnym aktorem (łamane przez modelem), spędzającym dnie na paleniu marihuany, leżeniu brzuchem do góry i podrywaniu głupiutkich panienek. Ten status quo ulegnie zmianie po ich popijawie, na której to, podczas sikania do fontanny, wypowiedzą na głos chęć wymienienia się żywotami. I tak się staje. Dlaczego? Bo tak. Scenarzyści nie silą się na sklecenie jakiejś wydumanej opowieści o czarach, voodoo, afrykańskim totemie, indiańskiej klątwie, przeterminowanej chińskiej zupce czy też złośliwym żuczku z kosmosu. Po prostu marmurowy posąg kobiety postanowił wyciąć bohaterom numer. Ot tak (bo to zła kobieta była).
No nieważne, w tego typu historiach nie chodzi specjalnie o to dlaczego, ale co z tego wyniknie. No i czy widzowi będzie się chciało w ogóle oglądać. Pytanie tym zasadniejsze, gdy mamy do czynienia z pomysłem tak wyświechtanym jak ten w filmie ?
Zamiana ciał?. Motyw już wielokrotnie pojawiał się w licznych komediach (chociażby w ?Zakręconym piątku?, który zresztą był remakiem ?Zwariowanego piątku? z lat 70.) i serialach, tak komediowych, jak i sci-fi. Co więc miałoby przyciągnąć widownię do następnej historii o transferze osobowości? Reżyser, David Dobkin, ma na to krótką odpowiedź: ?hard R?. R oznacza rzecz jasna kategorię wiekową przyznawaną w USA ? w tym wypadku nastolatki mogą się dostać na film jedynie w towarzystwie osoby dorosłej. Hard natomiast, no cóż, jazda bez trzymanki, bluzgi, gołe biusty i? ostry seks z kobietą w zaawansowanej ciąży.
Tak jest, ?
Zamiana ciał? to już nie podskoki z gitarą nastoletniej Lindsay Lohan udającej, że jest Jamie Lee Curtis (albo na odwrót). Reżyser postawił na dorosłego odbiorcę, którego spróbował kilka razy zaszokować. I zabrał się do tego raz z większym, raz z mniejszym smakiem. Nie obeszło się bez obowiązkowych problemów gastrycznych (co jest nie tak z Amerykanami, że nie wyobrażają sobie komedii bez przynajmniej jednej tego typu sceny?). Na szczęście w dawce minimalnej i możliwej do strawienia (nomen omen), wielkiej żenady więc nie ma. Film miewa zabawne momenty. Scenarzyści wykorzystują potencjał drzemiący w historii i możliwości zabawienia się aktorami grającymi wbrew swojemu zwyczajowemu emploi. Szczególnie bryluje Jason Bateman, który zaczyna coraz śmielej poczynać sobie w pierwszoplanowych rolach w długometrażowych komediach. Moja próba oglądania serialu ?Bogaci bankruci? z jego udziałem, mającego rzeszę oddanych fanów, zakończyła się w połowie pierwszego sezonu. Jeżeli coś będzie mnie jednak w stanie skłonić, do podarowania mu kiedyś drugiej szansy, to właśnie Bateman.
Tak różowo już nie jest w przypadku Reynoldsa, który jeśli chce, potrafi pozytywnie zaskoczyć, jak to zrobił chociażby w zeszłorocznym ?Pogrzebanym? (kto by przypuszczał, że film oparty w całości na jego kreacji aktorskiej zdoła pochłonąć uwagę widza?), zazwyczaj odwala jednak chałtury. Żeby daleko nie szukać, wystarczy wspomnieć tegorocznego ?Green Lanterna?, w którym był najsztuczniejszym elementem filmu. Mając na uwadze, że tam nawet kostiumy były zrobione komputerowo, można to poczytać za pewnego rodzaju sukces. W filmie Dobkina wprawdzie totalnej żenady nie odstawia, widać, że się stara, ale chwilami jego zdolności zwyczajnie nie dościgają ambicji.
Wybujałe ambicje mieli również scenarzyści, którzy próbowali tę prostą fabułkę z niegrzecznymi elementami wzbogacić o poważniejsze motywy: postać ojca, który pragnie odratować zepsute relacje z Mitchem, oraz problemy małżeńskie Dave?a, z których ten początkowo nie zdaje sobie sprawy. Oba wątki są mocno czerstwe, oparte na schematach i konsekwentne w tym od początku do końca.
Film ratują dwie rzeczy. Po pierwsze: chemia pomiędzy bohaterami. Reynoldsa już wprawdzie skrytykowałem wcześniej, ale trzeba przyznać, że do spółki z Batemanem stworzył duet, który we wspólnych scenach trochę iskrzy. Może nie zachwyca, ale raduje na tyle, żeby utrzymać zainteresowanie postaciami. Po drugie: wspomniana wcześniej kwestia kategorii wiekowej. Ogromny sukces finansowy komedii ?Kac Vegas? pokazał producentom, że komedia z restrykcjami wiekowymi ma szansę zawojować Box Office. Efektem tego jest kilka tegorocznych komedii przeznaczonych dla dojrzałych odbiorców: ?Druhny?, ?Zła kobieta? i druga część sprawcy całego zamieszania, z akcją w Bangkoku. Oraz rzecz jasna bohater niniejszej recenzji, w którym dzięki temu, oprócz ekstrem z ciężarnymi kobietami, mamy kilka charakternych scen i soczyste dialogi, pełne słownictwa na literę f .
Jaka więc jest moja końcowa ocena filmu? Niecierpliwi już zapewne dawno zerknęli na punktację końcową. Nie zrozumcie jej jednak źle, nie jest to film, który należy unikać szerokim łukiem. Ma swoje zabawne momenty, a nawet gdy nie rozwesela, to zapewnia uczciwą rozrywkę, kiedy z zainteresowaniem obserwujemy co wyniknie z motywu wyjściowego. Nie da się jednak ukryć, że pomysł to równie oryginalny jak goździki na dzień kobiet, a do tego popadający w schematy fabularne w ostatnim akcie. No i zwyczajnie dość nierówny, tak pod względem fabuły, jak i poziomu aktorskiego dwójki pierwszoplanowych aktorów.
źródło: www.ofilmie.pl/recenzje/the-change-up/